piątek, 17 maja 2013

Miastowi. Slow food i aronia losu / Bestia ujarzmiona

     "Miastowi. Slow food i aronia losu" to zbiór reportaży-wywiadów z ludźmi, którzy odważyli się porzucić miasto, swoje dotychczasowe życie i nie rzadko wielkie kariery dla kawałka ziemi na wsi. To opowieści o odwadze, spełnianiu marzeń o ryzyku, które opłaciło się wszystkim bohaterom książki.
     Książka podzielona jest na historie. Każdy bohater ma "swój rozdział", w którym autorka zadaje mu pytania na temat jego poprzedniego i aktualnego życia, ludzi spotkanych po drodze, ciężkich okresów, które oczywiście zdarzały się wszystkim.
     W "Miastowych" zawarto dwadzieścia jeden historii. Każda jest ciekawa i każda czegoś uczy. Jednak zawsze jedne trafiają do czytelnika bardziej niż inne. W moim przypadku były to trzy historie.
     Pierwszą jest opowieść o Kindze Kowalewskiej-Koziarskiej. To młoda dziewczyna, która przejęła prowadzenie rodzinnej winnicy po rodzicach. Są oni założycielami jednej z najstarszych winnic przydomowych w Polsce. Nie raz zaczynali od nowa. Gdy w 1997 roku wieś zalało, stracili wszystkie uprawy oprócz jednego krzaczka. Jednak to im wystarczyło. Wzięli kredyt i ruszyli z pracami od nowa. Kinga przejęła po nich piecze nad interesem w 2006 roku i od tamtej pory cały czas się uczy, doszkala i wręcz "żyje" winem, dzięki czemu jest ekspertką w tej dziedzinie. Do wszystkiego dochodziła jednak sama. Po powrocie z Rosji, gdzie projektowała ogrody, zamarzyła o tym by zając się rodzinnym interesem na poważnie. Jej rodzice hodowali winogrono jako owoc, ona przekształciła biznes w dobrze prosperującą winnicę. Jak mówi uczyła się na błędach, bo w przypadku tego winogrona nie da się inaczej zdobyć wiedzy. Traktuje ten owoc z wielkim szacunkiem i zrozumieniem. Czytając czuje się, że praca jest jej wielką pasją.
     Inna historia opowiada o Jagodzie Miłoszewicz i Macieju Pawliku. Ona polonistka, on konserwator zabytków budownictwa murowanego. Szczecinianka i przemyślak. Porzucili swoje kariery i życie w mieście, by przeprowadzić się w Bieszczady, o których marzyli. Śladami swoich znajomych, założyli gospodarstwo agroturystyczne. Jednak nie wszystko szło tak gładko. Najpierw w Bieszczady przybył Maciej. Nie mając noclegu chciał spać w aucie, jednak nie pozwoliła na to ich wspaniała sąsiadka - Maria Koza. Potem na miejsce dojechała Jagoda. Budowa domu rozpoczęła się na dobre, a para zamieszkała w chyży - chacie z bali, z wychodkiem i bez łazienki. Przez półtora roku kąpali się w misce z wodą ogrzewaną na piecu i żyli w chłodzie, bo jak mówią, po trzech godzinach palenia w piecu było 13 stopni, 15 to już był luksus. Gdy udało im się wybudować swój wymarzony dom, okazało się, że tir z meblami, antykami i wszystkimi bibelotami wywrócił się podczas transportu i prawie wszystko uległo zniszczeniu. Do tego kredyt wzięty po drodze, miejscowi robotnicy, którzy na wszystko mają czas i wiele innych przeszkód, które razem, dzielnie pokonali. Dziś zapraszają do siebie gości i pokazują im fajne, wiejskie, bieszczadzkie życie.
     Książka jest pełna takich inspirujących historii i czyta się ją jednym tchem. Autorka zadaje proste, ciekawe i konkretne pytania, bohaterowie odpowiadają szczerze i konkretnie, a wszystko to z pięknymi zdjęciami, opisami i wielkim morałem, że jednak warto mieć odwagę spełniać swe marzenia.

Autor: Anna Kamińska
Wydawnictwo: TRIO
Liczba stron: 314
Ocena: 4/6



     "Bestia ujarzmiona, moja walka z chorobą" to książka Anny Bartuszek. Jej historia zmagań z SM.
Książka o trudnej i smutnej tematyce, napisana okiem kogoś, kto sam przeżywa opisywane sytuacje. Książka jest szczera i napisana prostym językiem. Autorka opisuje różne oblicza tej choroby, walkę z nią, bezsilność, strach, gniew i inne emocje, ale też i pokazuje, że można nadal żyć i cieszyć się życiem. Anna nie stara się pisać pięknie, porawnie, lecz szczerze. Czytając można wczuć się w jej sytuację, ma się wrażenie jakby znało się ją od lat. Mimo, że wiele osób zarzuca jej, że książka jest nudna, ja uważam, że jest po prostu trudna i na pewno nie da się jej przeczytać od deski do deski jednym tchem. To po prostu nie jest ten gatunek. Jednak można się wiele nauczyć. Autorka nie chce prawić morałów i uczyć życia, jednak tę mądrośc każdy wyczyta sam między wierszami.
     Jednak to co oburza podczas czytania najbardziej, to bezsilność. Czuje ją nie tylko autorka, ale i czytelnik. Anna opisuje trudną sytuację chorych w Polsce. Okazuje się, że nasz kraj jest bardziej nie przyjazny pacjentom niż myślałam. Ciągłe zmagania ze służbą zdrowia, lekarzami, szpitalami, brak jakiejkolwiek pomocy dla osób z SM to tylko krótka lista. Do tego dochodzi zwykła ludzka głupota i brak współczucia, objawiająca się brakiem wind, podjazdów czy choćby najmniejszych udogodnień dla chorych.
     Z tej książki można się też dowiedzieć wielu cennych informacji. Jednak oprócz choroby, autorka pokazuje nam też swoje zwyczajne życie, zainteresowania, pasje, sposób spędzania wolnego czasu. Jest to prosta a zarazem trudna lektura, ale właśnie taka powinna być.

Autor: Anna Bartuszek
Wydawnictwo: Trio
Liczba stron: 126
Ocena: 4/6

Książki przeczytałam i zrecenzowałam dzięki wydawnictwu TRIO.

6 komentarzy:

  1. "Miastowi. Slow food i aronia losu" to zdecydowanie coś dla mnie. :)
    Nigdy wcześniej nie słyszałam o niej...
    Jak dobrze jest Cię poobserwować. :))
    Pozdrawiam,
    Ilona

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie nie jest to literatura, w której gustuję. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zarówno "Miastowi. Slow food..." jak i "Bestia ujarzmiona" wydają się być ciekawe. Z chęcią sięgnę po te książki:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigdy nie czytałam tego typu książek, ale może w końcu to zrobię:)"Miastowi. Slow food i aronia losu" bardzo mnie zaciekawiło.

    OdpowiedzUsuń
  5. To chyba nie dla mnie książka...

    OdpowiedzUsuń
  6. Obydwie pozycje wyglądają ciekawie, choć tą druga nisko oceniłaś.

    Co do pierwsze, temat mnie bardzo ciekawi, bo ja jestem raczej z tych, których ciągnie do miasta. ;)

    Piękny masz nagłówek. Taki delikatny, klimatyczny. :)

    OdpowiedzUsuń